„Utracone emocje” – wywiad na temat łańcuckiej wystawy z Urszulą Jaworską

„Utracone emocje” – wywiad na temat łańcuckiej wystawy z Urszulą Jaworską

0 738

PB: Ciemny las, biały welon, obnażone kobiece ciało. Fotografie prezentowane na wystawie „Utracone emocje” łatwo ułożyć w historię rodem z Romantyzmu: szaleńczo – i jednocześnie nieszczęśliwie – zakochana kobieta szuka wybawienia z cierpienia w samobójczej śmierci. Co myślisz?

UJ: Uważam, że to całkiem prawdopodobna interpretacja moich fotografii. W „Utraconych emocjach” kryje się wiele różnorodnych uczuć – również cierpienie. Myślę, że zawód miłosny w młodym wieku to jedna z silniejszych emocji. A takie impresje kształtują człowieka i jego relacje międzyludzkie. „Utracone emocje” to również historia miłosna, ale także utrata bliskiego członka rodziny, inne fiaska życiowe, które doskwierały mi na mojej dwudziestopięcioletniej drodze życia. Te cykle to moja odskocznia, odreagowanie. Zamiast krzyku i przysłowiowego „tupania nogami”… zrobiłam zdjęcia i poczułam ulgę.

PB: Wyobrażam sobie poświęcenie modelki stojącej boso na mokrych liściach i gałęziach. Jak wspominasz techniczno-organizacyjne aspekty sesji w lesie?

UJ: Są trzy leśne cykle: jeden jesienny, drugi letni, trzeci akt. Pierwszy powstał cykl jesienny – zamysł w głowie pojawił się długo przed rozpoczęciem zdjęć, ciężko było dograć się z terminem. A kiedy w końcu ustaliłyśmy z modelką datę, zaskoczyła nas pogoda. To wcale nie miały być takie „mokre” zdjęcia… Owszem miało być smutno i troszkę mroczniej niż zwykle, ale zawrotny los stworzył nam dodatkowy klimat chłodu. Długo jechałyśmy do Lasu Wolskiego mieszczącego się w Krakowie, tam spotkała nas mżawka, mgła i „szarówa” zwiastująca zbliżający się wieczór. I choć sama sesja zdjęciowa trwała niecałą godzinę, modelka przypłaciła pozowanie późniejszą chorobą. To najbardziej lubię we współpracy z ludźmi – mimo wszystko stają na wysokości zadania. Kolejne cykle również powstały we wcześniej wspomnianym lesie, w porze letniej – więc chłód nam nie doskwierał. Jednak przechodnie w połączeniu z nagością modelki czasem rozpraszały. Mimo to modelka po raz kolejny dała z siebie wszystko.

PB: Robiłaś zdjęcia już w liceum. Jaką rolę pełniła w Twoim życiu fotografia wtedy, czym jest dla Ciebie dzisiaj?

UJ: W liceum to były pierwsze pstryki i pierwsze kroki w tej dziedzinie sztuki. Fotografowałam wydarzenia odbywające się w szkole: apele, imprezy cykliczne itd. Ale prywatnie „ciągnęło” mnie do stricte fotografii portretowej. Zaczynałam od fotografowania koleżanek, które były chętne i zgadzały się na moje „widzi mi się”. Dzisiaj fotografia to nadal moja pasja, ale patrzę na to teraz bardziej świadomie. Zastanawiam się nad ułożeniem modelki, kadrem, nie mówiąc już o ustawieniach aparatu, zanim przycisnę spust migawki. Wcześniej – nie ukrywam – często to było dzieło przypadku.

PB: Wystawa „Utracone emocje” ma charakter emocjonalny: ujawnia wrażliwość, obawy, uczucia, cierpienie. Jakie fotografie siedzą w głowie dzisiejszej Urszuli Jaworskiej? Czy możemy spodziewać się kontynuacji mrocznego klimatu, czy może masz teraz ochotę na jaśniejszą stronę mocy?

UJ: Dzisiejsza Urszula Jaworska jest chyba mieszanką wybuchową (śmiech). Moje zdjęcia są tak różne, że ciężko za nimi nadążyć. I tak jak wspomniałam na wernisażu „Utraconych emocji” – to od mojego nastroju w danej chwili zależy klimat tworzonych zdjęć. Na dany moment bardzo czekam na wiosnę i bardziej stabilne promienie słońca. Potężna dawka witaminy „D” z pewnością spotęguje kolory w moim wykonaniu. Mam już kilka pomysłów i nawiązałam kontakt z nowymi twarzami, więc liczę, że poszerzę swoje portfolio. Ale z mrocznego klimatu nigdy nie zrezygnuję, jest on mi dość bliski. Odnajduję się w tej fotografii emocjonalnej.

BRAK KOMENTARZY

Napisz komentarz